/26/07/2020/
Zielony szlak (nr szlaku WK-3572-z) Golęcin - Rusałka - Strzeszynek - Kiekrz - Krzyżowniki - Kiekrz - Strzeszynek - Rusałka - Golęcin.
24 km [mapa]
Po długich namyśleniach wybrali szlak, który jest nie dość, że blisko, to jeszcze ma więcej niż 10 km, na czym też nam zależało.
Najważniejsze jednak pytanie zrodziło się już z rana w mojej głowie: "czy w końcu uda się zobaczyć tę kropkę?!". Godzina 8, noo może trochę po, szybkie wyjście na autobus, milion scenariuszy w głowie. Pawełu twardziel, nie zdradzał zza zamaskowanej twarzy żadnych emocji, poza ekscytacji samym wyjściem na szlak.
Dojeżdżając na Wojska Polskiego miałam już bardzo dobre przeczucia. Jednak... Gdzie tej kropki szukać? Na wykazie,który miałam ze strony PTTK wiedziałam, żeby kierować się na przystanek "Golęcin". Więc kropka musi być niedaleko, prawda? Stanęliśmy tuż za przystankiem i... JEST! W końcu, pierwsza, ujrzana na własne oczy, tyknięta paluchem, obfotografowana i cudowna KROPKA (:
Ile to człowiek może mieć radochy, noo nie? Ale już zaraz morale poszły w górę i chwilkę przed godziną 9 mogliśmy wyruszyć wzdłuż oznaczeń. A teraz o nich samych...
Nie byłam chwilowo na lepiej oznakowanym szlaku. Czytając opinie w internecie o jego oznakowaniu bałam się, że pójdzie coś nie tak. Noo dobra, poza ostatnim kawałkiem, od strony Krzyżownik, gdzie szukanie kropki na koniec było jak loteria. Ale jednak tam także się udało. I w jednym momencie przed końcówką też troszkę zaszliśmy za daleko. Jednak opinie dotyczyły złego oznakowania strony od Golęcina, a tam nie mieliśmy najmniejszego problemu z oznaczeniami. Chociaż też poszliśmy inną trasą, przeze mnie, przyznaję się! Jednak może lepiej będzie, jak opowiem od początku.
Sam teren Golęcina nie był mi jakoś bardzo znany. Poza paroma wyjściami na dni sportu w liceum i kilkoma przejściami z Rusałki, nie wiedziałam na dużo. Strasznie dużo sosen, które tak cudownie swoim zapachem przypomniały mi czasy, kiedy dzielnie rano było trzeba wstawać na obozie harcerskim. Ach, dobre czasy...
Następny przystanek - Rusałka. Tam już zdążyłam wcześniej przyprowadzić Paweła, tylko troszkę inną drogą. Nad samą plażę nawet nie podeszliśmy, szlak prowadzi za budami z żarciem, które stoją tam na pewno miliard lat dłużej, niż ja je pamiętam, jak za dzieciaka się latało tam na bosaka po lody. Noo i właśnie tu moje małe faux pas...
Miliony razy szłam ścieżką, po której jeżdżą też rowery. Miliony, plus nawet z Pawełem, a mówił, żeby iść tamtędy, przecież były tam oznaczenia szlaku, na które jakoś nigdy nie zwróciłam uwagi, albo nie chciałam ich widzieć. Więc poszliśmy... Nie tak, jak powinniśmy, ale jednak równolegle do szlaku. Brawo nezu, brawo... Idziemy, oczywiście rozglądając się, czy to aby przypadkiem nie jest jakaś odnoga szlaku, czy coś, a napotyka nas OGROMNA grupa ludzi, uprawiających nordic walking. Teraz wiemy, że przy tak dużej grupie, trzeba uważać na swoje nogi! Babka się zagadała ze swoją parą i skończyłoby się wbiciem tego szpikulca w Pawełową nogą. Najgorzej...
Wyszliśmy jednak w końcu na szlak znów, obok Bogdanki i pognaliśmy wręcz dalej.
Po drodze za dużo dziać się nie mogło, prócz rowerzystów i biegaczy. Bardzo kulturalnych z resztą. Każde "dzięki" usłyszane za przepuszczenie na węższych momentach szlaku było super. Podbudowujące, że są jeszcze dobrzy ludzie. I wśród tych ludzi właśnie znalazła się parka, która przebiegając obok rozmawiała o wędrowaniu po szlakach górskich. Naszym marzeniem, jeśli chodzi o takie wyczyny to GSB w mniej, jak 21 dni. Na pewno się da! Ale Pawełu zauważył bardzo ciekawą rzecz... Wielu ludzi chodzi, biega, jeździ na rowerze tylko dla sportu albo tylko dla jakichś wyczynów, za które można coś otrzymać (puchar, pokazać kolegom/koleżankom, jakim to się nie jest super gościem/gościarą). A gdzie ta radocha z planowania dla sprawdzenia samych siebie, czy można? Gdzie jest ten duch podróży bez celu, które dają najwięcej przyjemności? Też mam wrażenie, że takie rzeczy po prostu zanikają. Ludzie żyją za szybko. Za bardzo prą do tego, co są w stanie jedynie zobaczyć, poczuć...
Wracając... W końcu doszliśmy nad Strzeszynek. Rzeźby co rusz inne i dynamicznie się zmieniające miejsce. Kiedyś tam przyjdziemy, nie wiedząc, gdzie jesteśmy. Niestety, żeby mogli się rozwijać, jako kurort, czy coś, muszą to robić. Tylko, czy takie miejsca nie mogą być trochę bardziej przyjazne piechurom, którzy muszą jedynie przejść kawałek przyplażowej drogi, znikając z oczu po paru minutach? Wystarczyłoby tylko przypilnować ludzi, żeby nie niszczyli oznaczeń szlaku i tyle.
Za Strzeszynkiem to już była prawdziwa podróż w nieznane. W Kiekrzu byłam raz i to u znajomej z klasy. Zaczęła się dziwna droga, przez dziwny las z dziwną... Kobietą? Do teraz zastanawiam się, kto to był. Ale szła przed nami, idąc w podejrzany sposób, bynajmniej nie jak pijaczek. Wzbudzała lęk, to muszę przyznać.
Przechodząc przez tory, rozmawiając o zaistniałej przed chwilą sytuacji, weszliśmy już na teren Kiekrza.
Z początku przywitały nas domki żeglugowe z UAM (Uniwersytet Adama Mickiewicza). Po kolejnym, krótkim spacerku już było można oglądać pływające po jeziorze łodzie, z dość młodą załogą, muszę przyznać. Było co oglądać, bo poznaniakom bliżej do podziwiania kajaków niż żaglówek.
I tu czekała nas kolejna niespodzianka. Długie, niekoniecznie strome podejście, ale jednak łydki dostały w tyłek. Ojj, bardzo dostały. Ale już bliżej do końca, niż dalej. Jeszcze tylko Krzyżowniki. Tylko... Wszystko szło pięknie, ludzie na plażach, w kąpielówkach, z dmuchanymi materacami i zwierzętami. A my, ubrani w długie spodnie, koszulki i plecaki. Jak okazy w zoo. Dziwadła. Po podejściu już było wszystko pięknie. Oczywiście nie do końca. Za Smoczą plażą już został ostatni odcinek. I tu niestety kolejna moja szlakowa pomyłka. Nie wiedziałam, czy skręcić w drzewa, pod stromą górkę, czy iść dalej i iść jakby na około. Poszliśmy sprawdzić najpierw trasę na wprost - okazała się błędna. Po tej stracie tych kilku minut podjęliśmy decyzję, że wchodzimy pod kolejną, już dość stromą górkę, na końcu której było parę schodów, które serdecznie znowu powitał nasze łydki. Drzewo jednak potwierdzało, że idziemy dobrze. Po wdrapaniu się na górkę powitała nas ostatnia prosta. Dosłownie. A na końcu alejki przystanek. I znowu nasunęło się to samo pytanie: GDZIE JEST KROPKA?
Usiedliśmy na ławce, zdjęliśmy buty, jak radził Szybki [kanał na yt!]. Wietrzenie girów zawsze dobre! I rzeczywiście pomaga! Jaka to była ulga zdjąć buty i dać odparować potowi. Jednak dalej została do obgadania jeszcze jedna kwestia z poprzedniego akapitu. Kropka. W sumie braliśmy pod uwagę tylko dwa miejsca. Słup i zarośnięte drzewo. Chociaż bardziej widziało nam się to w drugiej opcji, to jednak sprawdziliśmy najpierw pierwszą. I nic. Więc pobieżnie spojrzeliśmy na to drzewo i pobliski budynek. Jednak dobrze, że przy drzewie zostaliśmy dłużej. Aż w końcu ukazał się nam... dum dum duuuuum
UDAŁO SIĘ! W końcu "od kropki do kropki" ma sens (; Radość wielka, ale czas było wracać, bo oczywiście czas nas ścigał, a było trzeba pokonać jeszcze raz tę samą trasę, już na szczęście wiedzieliśmy co nas będzie czekało. Tym razem górka okazała się dużo łagodniejsza, jednak łydki i tak dostały na swoje. Łydki i pachwiny. Dziwne uczucie, ale nie ma się co poddawać i trzeba było iść dalej. Po przejściu Kiekrza znowu wpadła nam do głowy myśl z tą dziwną osobą, którą spotkaliśmy poprzednio. i to by było bardzo traumatyczne uczucie, jakby była tam znowu. Jednak, na szczęście obyło się bez rewelacji.
Przechodząc dalej, za Strzeszynek w stronę Rusałki zaczęło się strasznie chmurzyć.
Kiedy zerwał się wiatr dziękowałam sobie w duchu, że kazałam nam zabrać bluzy. Brawo! Przydały się. I to chwilkę później, niż zrobiłam to zdjęcie. Najpierw deszcz był wręcz zbawienny po tym całym żarze lejącym się z nieba. Jednak szybko zrobiło się totalnie zimno i mokro. Żeby nie było - nie szłam w trampkach, za to w trekach, które też już swoje przeżyły. Niestety, nie wytrzrmały tej próby i poległy parę kilometrów dalej, już w sumie obok Rusałki. Nie było miło. Wychodząc już znad ostatniego jeziora poszliśmy trochę na pamięć i.. oczywiście nie tam, gdzie powinniśmy. Nikt by się nie zorientował, gdyby nie to, że usłyszeliśmy krakanie. Kruk? Tutaj? Ale jednak dało się go słyszeć. Czyżby przyszedł nam powiedzieć, że źle idziemy? Fakt, faktem, dopiero po tym zajściu, z próbami szukania go na drzewach, udało nam się po krótkim cofnięciu, wrócić na szlak. Końcówkę szlaku w sumie. I tak oto poczułam znowu to znajome uczcie bólu, jakie towarzyszyło mi na pierwszej wyprawie. Zmoknięte skarpety jednak robią duże spustoszenie na nogach. Do kropki doszliśmy już szybko i zdecydowaliśmy już wrócić do domu autobusem. A plan był w sumie inny... Przy dobrych wiatrach (i bez deszczu) mieliśmy iść przez Sołacz i Park Adama Wodziczki.
Deszcze niespokojne ustały i można było dojść na przystanek prawie suchą stopą. Powrót do domu szybki. Jednak dało się czuć niedosyt po tym szlaku. Widocznie 24 km nie zrobiły na naszych ciałach aż takiego wrażenia. Noo cóż, na ten moment wiemy ile mamy limitu, który przejdziemy na pewno. Zostało nam troszkę zwiększać planowane dystanse.
Podsumowując - szlak szybki, przyjemny, jak się ktoś rozmyśli zawsze jest opcja zatrzymania się nad którymś z wymienionych jezior, a z każdego jest możliwy powrót autobusem. Co więcej, jakby ktoś przeszedł szlak tylko i wyłącznie w jedną stronę i nie miał mocy na powrót, stamtąd także jest autobus do Poznania.
My czuliśmy niedosyt, ale wiele jeszcze przed nami (;
Podsumowanie w liczbach:
- KROKI: 32770
- DYSTANS: 24,25 km
- CZAS (bez przerwy): 5 godz. 2 min